O autorze
Joanna Filipiak. Zawód: transzawodowy kompozytor treści, kolorów, kształtów i dźwięków; trickster; wichrzyciel, burzyciel, rekonstruktor (w tej właśnie kolejności). Idealista pracujący dla Idei nad wynalezieniem uniwersalnego algorytmu na Autorytet w Działaniu.

Instagram

O tym, że Fiedler wielkim poetą jest

W zeszłym tygodniu propsowałam warszawską poezję o tym, że seksiści są fujka. Dzisiaj dla zachowania równowagi we wszechświecie postanowiłam wzruszyć się poezją seksistowską (?). Istnieje w polskiej literaturze wyraźny nurt popisywania się męskością. Pisarzy, którzy tworzą w tym nurcie nazywam sobie roboczo od zawsze współczesnymi Hemingway'ami, bo odnoszę nieodparte wrażenie, że tak właśnie chcą być nazywani. Nawet jeśli się do tego nie przyznają.

Chodzi o to, że Hemingway próbował Złowić Wielką Rybę dla samej Idei Złowienia Wielkiej Ryby i że się w ogóle w tej kwestii nie poddawał mimo że nie miało to najmniejszego sensu. Jakkolwiek w Hemingwayu irytuje mnie wszystko, literatem był wybitnym.

Piotr Fiedler jest zdaje się osobą o podobnym profilu psychologicznym, co Hemingway. Z tego, co go widuję czasem, tyleż na mieście, co w sieci, to jest on coraz bardziej wcieloną Ideą. Wymyślił sobie, że jest poetą chyba z 10 lat temu (a może i dawniej) i od tego czasu konsekwentnie się w niego przepoczwarza. I jak to poeta. Przepoczwarza się w bólach.

Jakimś cudem doprosiłam się o egzemplarz tomiku poezji, który się w końcu łaskawie ukazał. Pod tytułem „pod moim oknem gryzą się jeże”.



I jakkolwiek irytuje mnie w tym tomiku ta niesłychana męskość, szorstkość (czy dowolne inne słowo z puli synonimów), to literaturą jest bardzo dobrą. Dlatego, że pod kliszową zabawą w opisywanie konsumowania alkoholu i wyliczaniem zaliczanych dziewcząt (czy też pań) kryje się jednak głęboka wrażliwość i z rzadka przeświecający przez frazę romantyzm (bo może to jednak za każdym razem chodzi o miłość).

Oraz wartościowe mikrobserwacje konstruowane na zasadzie zderzenia punktu widzenia osuwającego się w społeczny niebyt outsidera z kieliszkiem wódki w dłoni z punktem widzenia doskonale realizującego misję udawania, że w rzeczywistości nic nie trzeszczy mieszkańca M-ileś w Miasteczku Wilanów.

To znowu jakaś podpowiedź dlaczego tęczowy Plac Zbawiciela przestał się podobać odbiorcom sztuki. Gdyż może zabrakło wrażliwości tym, którzy się po nim bezmyślnie w kółko przechadzali, aby obserwować jedynie swoje w witrynach odbicia.

Gdyż wszyscy gmerali w telefonach, gdy jeszcze był czas patrzeć sobie w oczy. I dokumentacją tej sytuacji alienującej wrażliwego romantyka w mieście złożonym z przeszklonych, klimatyzowanych quasi-budynków stawianych na przekór wszelkiej estetyce, jest tomik poezji „pod moim oknem gryzą się jeże”.



Przy okazji czytania naszła mnie taka refleksja, że może to poezja jest formą literacką najlepiej nadającą się do opisu czasów wcielonej w Reality Virtual Reality.

Niewykluczone bowiem, że syntetyczna myśl jest jedynym rodzajem myśli, który może się na poważnie przykleić do czytelnika. Z dwóch powodów. Bo jest łatwa w konsumpcji. Oraz ponieważ ma szansę się rozwinąć w każdej głowie w jakąś bardziej zaawansowaną strukturę, którą sobie można nieco dopowiedzieć zależnie od indywidualnej wrażliwości. Poezja generalnie nie rości sobie prawa do totalności, do narzucenia komuś swojej perspektywy w każdym aspekcie, z całym inwentarzem wyobrażeń o świecie.

Może dzisiaj już samo uwrażliwianie się liczy. Może nie trzeba aż pisać setek stron w celu przekazania czytelnikowi, że się cierpi za miliony.
Trwa ładowanie komentarzy...