O tym, jak zostałam Księżniczką Disneya

Codziennie mam do czynienia z różnymi treściami, które pojawiają mi się przed oczami poprzez media. Treści te układają się w jakieś trendy. Jak coś się powtarza w z grubsza spluralizowanym newsletterze, to w praktyce oznacza tyle, że jest na jakimś poziomie modne. Jedną z rzeczy, które powtarzają się ostatnio ciągle w segmencie informacyjnym moda/lifestyle jest nostalgia za figurą księżniczki/księcia w wydaniu disneyowskim.

Do niedawna myślałam co prawda, że tylko dziewczyny chcą być księżniczkami, ale ostatnio zostałam poinformowana, że nie, że także chłopcy tęsknią za jakimś baśniowym światem wyobrażonym, co objawia się poprzez strój.

Moim zdaniem każde zjawisko społeczne o czymś informuje. Także to, że dorosłe kobiety (i mężczyźni?) mają przyjemność z kupowania plastikowych koron. I nie mam tu wcale na myśli tezy Benjamina Barbera o nieskończonej infantylizacji społeczeństwa i jej opłakanych skutkach intelektualnych, bo wartości stojące za tymi koronami nie są wcale takie infantylne i intelektualnie miałkie.

Nie ukrywam, że w dzieciństwie zostałam zwabiona do figury księżniczki przez ładne rysunki. Interesowałam się bajkami disneyowskimi, dlatego że chciałam być tak samo ładna jak bohaterki. Przy okazji obcowania z treścią bajek, zdobyłam jednak wiedzę dodatkową. Odkryłam mianowicie, że według najpopularniejszej wykładni esencjonalną cechą księżniczki jest szlachetne serce.



Prześledźmy pobieżnie tok akcji kilku topowych bajek rysunkowego giganta. W „Pięknej i Bestii” na przykład Bella czyta cały czas książki, a potem zakochuje się w brzydkim chłopaku z brzydkiego zamku i dopiero otwartość umysłu odblokowuje dla niej osiągnięcie Królestwo i Książę. Pocahontas żyje w zgodzie z naturą i chce pokoju na świecie, więc dostaje Księcia z Blond Włosami z Ameryki. Królewna Śnieżka opiekuje się 7 irytującymi karzełkami w małym domku bez internetu i to dzięki dobroci serca zapracowuje sobie na odcinanie kuponów po napisach końcowych. W disneyowskim świecie także Książęta są generalnie fajnymi chłopakami. Są odważni, mają poczucie humoru i szanują swoje księżniczki. Gdyby ludzie zachowywali się wobec siebie tak, jak zachowują się w Disney-u, świat byłby lepszym miejscem.



I tu dochodzimy do sedna. Czy gwałtowne utożsamienie się „młodych trzydziestolatków” (to mój segment wiekowy) z disneyowską rzeczywistością wyobrażoną nie wynika z tęsknoty za szlachetnym sercem w życiu codziennym? Ta plastikowa korona, to jest owszem symbol zbytku i leżenia na ziarnku grochu, ale jest to także symbol wzajemnego szacunku w każdej sferze życia, która to rzecz jest czasem wobec dobrobytu sąsiadująca, ale nie jest z nim tożsama z automatu.

Wszystkie amerykańskie programy w rodzaju wyświetlanego kiedyś na MTV „My Super Sweet 16”, czy filmy w stylu wyreżyserowanego przez Sophię Coppolę „Bling Ring” pokazujące małe aroganckie dziewczynki krzyczące, że są bardzo bogatymi królewnami, są tak niesmaczne, tylko dlatego, że figura księżniczki została źle zinterpretowana w popkulturze późniejszej względem disneyowskich bajek.

Na szczęście jednak nie doszło do całkowitej pauperyzacji motywu, na co dowodem jest film fabularny nominowany do Oscara w roku bieżącym w kategorii najlepsza rola kobieca, czyli „Joy”. Opowiada on o współczesnej księżniczce - dziewczynie, która nie miała niczego poza kochającą rodziną, ale wymyśliła mopa, którego nie trzeba ręcznie wyżymać po każdym użyciu i potem miała już wszystko, bo zarobiła na nim mnóstwo pieniędzy, zapewniając tym samym szczęście sobie i wszystkim w swoim otoczeniu.



Film jest o tyle wyjątkowy, że scenarzystom udało się w brutalnym świecie kryzysu ekonomiczno-egzystencjalnego zachować poczucie humoru, a przy okazji wyłożyć na stół kilka prawd uniwersalnych o charakterze poradnikowym.

Jennifer Lawrence grająca główną bohaterkę otrzymała od nich ważne zadanie. Musi odnaleźć własne marzenia, o których zapomniała pod ciśnieniem tak zwanego „życia codziennego”, a następnie nauczyć się o nie walczyć. Mimo, że pomaga jej wiele osób, w filmie nie występuje żaden centralny Książę, na którym można by się uwiesić. Bo, znowu powtórzę, w byciu księżniczką nie chodzi o żadnego centralnego księcia, tylko o podążanie za głosem serca rozpatrywanego w kategoriach etycznych jako dobre.

Jeśli miałabym komukolwiek polecić film na Walentynki, poleciłabym właśnie ten, z przyczyny takiej, że film na Walentynki powinien być terapeutyczny, afirmacyjny i radosny. Powinien też być o miłości. Tylko czy to koniecznie musi być zawsze ta schematyczna miłość do jednego chłopaka, czy może miłość można po prostu potraktować jak postawę życiową? Życiorysy księżniczek wywodzących się z amerykańskiej popkultury mówią nam, że tak naprawdę chodzi o to drugie, chociaż nagrodą zawsze okazuje się to pierwsze, przy czym to głównie z tego powodu, że żadna fabuła nie obejdzie się bez puenty.
Trwa ładowanie komentarzy...